jak, kiedy i dlaczego zaczęłam malować

Być może Cię rozczaruję, ale nie mogę powiedzieć o sobie, że kocham malować od chwili kiedy nauczyłam się trzymać pędzel w ręce jako mała dziewczynka. Plastyka była jednym z mniej lubianych przeze mnie przedmiotów w szkole. Nie skończyłam liceum plastycznego, nie mam dyplomu Akademii Sztuk Pięknych, nie ukończyłam żadnych kursów malarskich. Więc jak to się stało, że maluję?

Od zawsze kochałam robić zdjęcia – gdziekolwiek byłam, musiałam mieć kilkanaście ujęć czegoś, co akurat mi się spodobało. Nie było social mediów, więc nigdzie nie publikowałam swoich fotografii, robiłam je całkowicie dla siebie. Zdjęcia były przeróżne – od widoczków po portrety, zbliżenia makro czy design budynków. Za każdym razem kiedy byłam dumna z jakiegoś ujęcia – pokazywałam go swojej rodzinie. Najbardziej oczywiście podziwiał je mój mąż (wtedy jeszcze narzeczony). Powtarzał aż do znudzenia, że mam talent, wyczucie perspektywy i dobre oko (osobiście podchodziłam do tego dosyć prześmiewczo i mu po prostu nie wierzyłam). 

Była ciepła sobota (z mojego Instagrama wynika, że 8 sierpnia 2015 r.), pojechaliśmy na przejażdżkę samochodem poza Warszawę. W drodze powrotnej minęliśmy wielki billboard ze zdjęciem płócien i zestawu startowego do malowania. Mój mąż skręcił i podjeżdżając pod sklep oświadczył, że kupi mi te materiały, bo skoro umiem robić takie ładne zdjęcia, to z pewnością będę też potrafiła malować. Powiem szczerze – ubaw miałam nie z tej ziemi, ale w domu żarty się skończyły. Wróciliśmy, rozłożył przede mną łupy i powiedział „a teraz siadaj i maluj, ja wiem, że potrafisz”.  

Wtedy powstał obrazek, który mam do tej pory i ma dla mnie wielką wartość sentymentalną – poniżej jego zdjęcie.

Agnieszka Kostka, obraz: The First One

Później już nie wyobrażałam sobie inaczej spędzać swojego czasu wolnego. Wciągnęłam się w ten świat, testowałam, mieszałam struktury, farby, techniki, szukałam nowych rozwiązań dosłownie wszędzie (sztuka stała się moją obsesją i doszło nawet do tego, że planując podróż do Londynu na mojej liście „must-see” były same galerie i muzea). Poczułam, że to jest to, to jest ta mała cegiełka w moim życiu, której mi brakowało – obcowanie z obrazami i rzeźbami. Wiecie gdzie najlepiej czuję się w Warszawie (oprócz swojego domu)? – w Zachęcie, w Zamku Królewskim i Starej Oranżerii w Łazienkach. Nawet jak teraz o tym pisze, to mi „ciepło” na sercu 😉

Mój pierwszy w pełni ukończony obraz (MURANO, 2016 r.) został zakwalifikowany do Aukcji Młodej Sztuki w Desa Unicum i sprzedany za 1300 zł. To był dla mnie przełom, to było coś niewyobrażalnego i nie chodzi tutaj o pieniądze, ale sam fakt BYCIA W DESIE. Poszłam na aukcję i tuż przed licytacją mojego obrazu, po prostu z niej uciekłam pod pretekstem złego samopoczucia… nie mogłam sobie poradzić ze swoimi emocjami, ta sytuacja mnie przerosła. Praca nad obrazem była bardzo wymagająca, malowałam bez użycia jakichkolwiek taśm ułatwiających oddanie idealnie prostych linii – każdy malutki trójkącik był pokryty dwiema lub nawet trzema warstwami farby, ale było warto. Dzięki temu nabrałam pewności, że to co robię ma sens i może być nie tylko moim hobby, ale sposobem na wyrażenie siebie, przeniesieniem i utrwaleniem emocji.

Agnieszka Kostka, obraz: Murano

Praktycznie cały mój dorobek artystyczny jest widoczny na Instagramie, więc tego co wydarzyło się później już nie będę tutaj poruszać, ale podsumowując w wielkim skrócie są to: zamówienia od osób prywatnych, aukcje w Desie, Pragalerii i ciekawa współpraca z marką Sotho przy produkcji biżuterii. 

Tego jak potoczy się dalej moja artystyczna ścieżka nie wie nikt, ale jestem pewna, że choćbym miała malować dla samej siebie, to będę to robić, bo ja po prostu nie wyobrażam sobie już żyć inaczej.

Dodaj komentarz